poniedziałek, 10 października 2016

"Byle do wiosny" John Fante

Fante napisał tę powieść z siebie, a po wielu latach ślady jej nadal w nim pozostawały, hipnotyzując jakimś zdaniem, akapitem, postacią, przywołując wspomnienia. Jednak jego stosunek do tego wczesnego utworu uległ zmianie – stał się on dla Fantego przyczyną niepokojów, powstałych na myśl, iż obnaża go własne dzieło. Dzieło, którego nawet nie wyobrażał sobie ponownie przeczytać. W krótkiej przedmowie wyznaje: „Nie ma tam już nic ze mnie samego, jest tylko wspomnienie starych sypialni i szuranie kapci mamy drepczącej po kuchni”.

Jest to proza z tej samej półki co Bukowski, który Fantego nazywał swoim bogiem. I w powieściach Amerykanina o niemieckich korzeniach widać wpływ uwielbianego pisarza amerykańskiego o włoskim pochodzeniu. Ta sama autentyczność, podobny typ wrażliwości. Henry Chiniaski i Arturo Bandini mogliby sobie podać ręce.

„Nie ma słońca, nie ma pracy”. Rocklin, Kolorado, koniec lat dwudziestych XX wieku. Rodzina Bandinich przeżywa ciężką i długą zimę. Bieda daje się im się dosłownie odczuć na każdym kroku; Svevo Bandini, brnący w głębokim śniegu, ma dziury w butach zatkane kawałkiem tektury. W domu czekają na niego żona i trzech synów, a on wraca jeszcze biedniejszy, bo przegrał w pokera dziesięć dolarów. Nie ma czym zapłacić za jedzenie, nie mówiąc już o spłacie domu. Długi rosną, a śnieg nie maleje. Trafia się jednak okazja na finansowe wsparcie – u bogatej wdowy jest do wyremontowania kominek i tę murarską robotę odstąpił Bandinemu przyjaciel. Nowo poznana kobieta staje się dla Svevo oderwaniem od codzienności, a zarazem powodem małżeńskich kłopotów.

Arturo ma czternaście lat, August dziesięć, Federico osiem. Maria, ich matka, zapamiętana z różańcem w ręku, pod nieobecność Bandiniego jest coraz bardziej zmartwiona, przerażona trudną sytuacją bytową. Została sama z ogromem problemów. Pośród tych dorosłych spraw toczy się życie chłopców, gdzie na pierwszy plan wysuwa się Arturo wraz ze swoją fascynacją Rosą Pinelli i rozprawianiem się z własnym sumieniem. Jako najstarszy z rodzeństwa jest najbardziej rozeznany w perypetiach rodziców i najbardziej w nie zaangażowany.

Fante posłużył się ciekawym typem narracji – historię tę opowiada Arturo, a robi to w trzecioosobowej formie. W ujmujący sposób prowadzi on czytelnika do topniejących śniegów i ładniejszych dni, niosących także lepsze wieści.

niedziela, 2 października 2016

"Uczciwa oszustka" Tove Jansson

Vasterby to niewielka nadmorska miejscowość. Na wybrzeżu nieprzerwanie od miesiąca pada śnieg, sprawiając, że prócz piętrzących się fal bieli, od wielu dni zalega i cisza. Z poranków zrobiły się ranki – mroźne i jednakowo spokojne. Oczy Katri Kling są żółte, tak jak oczy jej psa, który nie ma imienia. Katri mieszka na poddaszu nad sklepem z młodszym bratem. Zdarza się, że dzieci rzucają w jej okno śnieżkami, bo w opinii społeczności uchodzi ona za dziwaczkę, którą interesują jedynie liczby i brat. Mats ma piętnaście lat i lubi łodzie, najwięcej czasu spędza w szkutni braci Liljebergów, zajmując się pośledniejszymi pracami. Każdego ranka w drodze na cypel Katri przygląda się króliczej willi, posiadłości należącej do Anny Aemelin, ilustratorki książek dla dzieci. Starsza pani ma pieniądze, a Katri jest bystra i sprytna. Chce być też uczciwa.

Będąca miejscem wydarzeń wioska nie istnieje na żadnej mapie, jak też nie ma tu postaci, której pierwowzoru można by szukać w rzeczywistości. W tych okolicznościach śnieg wydaje się doskonałym środkiem do budowania fikcji – łatwo nim zakryć każdy pusty fragment przestrzeni. Polem dla wyobraźni zawsze jest sztuka, ale Anna Aemelin, która najchętniej ożywia wspomnienia za pomocą akwarel, odtwarzając w najdrobniejszych szczegółach leśne runo, nie maluje zimą.

Opowieść o Annie i Katri opiera się na planie, jaki postanawia wdrożyć w życie tytułowa bohaterka, chcąca zdobyć taką sumę pieniędzy, żeby nie musieć już o nich myśleć. Wiedząc, jak manipulować ludźmi, zamieszkanie w willi starszej pani nie nastarczyło jej wielu trudności. Sposobność do udzielania rad Annie Aemelin, osobie z natury życzliwej i ufnej, daje Katri duże szanse, by zrealizować cele. Opowiadając tę historię, Tove Jansson portretuje dwie kobiety, pokazując różne niewiadome ludzkich zachowań. Czy Katri jest do końca manipulacyjna? Jak ocenić ją moralnie? Na dodatek sprawy lubią się komplikować. Na Annę Aemelin też ma wpływ to, czego nie spodziewała się po tej znajomości. I tak relacja między bohaterkami przybierze dziwny kształt.

Ta powieść Tove Jansson to kolejna dla mnie rzecz zaskakująca – nie znałam tego tytułu. Taka niespodzianka powinna się spodobać każdemu miłośnikowi prozy skandynawskiej autorki.

niedziela, 3 kwietnia 2016

"Wiadomość" Tove Jansson

Gdybym miała napisać do Tove Jansson list, bo właśnie przeczytałam „Wiadomość”, nie wiedziałabym nawet, jak dobrze zacząć. Jak wyrazić się w naturalny sposób, jak powiedzieć, że mi się podobało, bez mówienia wprost, że mi się podobało.

To jest właśnie to, co Tove Jansson wychodzi tak pięknie. Pisanie o tym, co pomiędzy. W jednym z opowiadań są listy od dziewczynki z Japonii; Tamiko pisze do Tove Jansson: „Chcę, żeby mi Pani powiedziała, jak się opisuje to, że nie widać innych domów i nikt nie przychodzi drogą. Chcę zrozumieć, jak się pisze o śniegu”. Pisarze ogólnie tym właśnie się zajmują, jednak Tove Jansson robi to w sposób szczególny i nadzwyczaj misterny. Tak jak Alice Munro, do której we Wstępie pada porównanie – w opowiadaniach fińskiej prozaiczki także liczy się „atmosfera, a nie intryga, język, a nie wydarzenia”. I taki rodzaj twórczości niezmiennie wywołuje u mnie zachwyt.

Niektóre z tekstów są więc jawnie autobiograficzne; „Listy do Konikovej” mające swój pierwowzór w korespondencji, jaką Tove pisała po wyjeździe przyjaciółki do Ameryki w 1941 roku, czy „Wiadomość”, wieńcząca zbiór, złożona z fragmentów listów od czytelników i innych osobistych notatek. Antologia ta składa się z trzydziestu jeden opowiadań; niektóre były mi znane, bo pochodziły z tomu „Podróż z małym bagażem”, który czytałam jednego lata (miło było je sobie przypomnieć). Do „Wiadomości”, jak podaje Philip Teir, Tove Jansson włączyła osiem nowych nowel, a zbiór ten traktowany jest jako pożegnanie autorki Muminków z czytelnikami, jako ostatnia do nich wiadomość oraz swoisty autoportret.
Tove Jansson tworzyła z własnego życia. Znający jej biografię czytelnicy wychwycą podobieństwa. Mi natomiast najwięcej skojarzeń nasuwało się z Muminkami, na przykład ta scena z „Małego letnika”, w której mamy dwóch śpiących chłopców: Elis zwija się na dnie łodzi i zasypia - od razu widzę Homka Tofta śpiącego w przykrytej brezentem łodzi. Muminkowe akcenty zawsze są miłe. Znamienne dla tych opowiadań jest także to, że bohaterami często są artyści: w „Historii miłosnej” mamy malarza zakochanego w marmurowych pośladkach, w opowiadaniu „Czarno-białe” ilustratora, którego interesuje to, co niewypowiedziane, a „Wilk” traktuje chyba o najlepszym spotkaniu dwóch artystów, o jakim kiedykolwiek czytałam. I na tym nie koniec, sztuka ma tutaj jeszcze wiele odsłon.

Proza Tove Jansson dotyczy tego, co zdaje się zwykłe i niewielkie, zawsze jednak ważne. Ukazuje i samotność, i relacje z drugim człowiekiem. Mówi i o odczuciach młodości („Rozrachunek piachu”), i starości pełnej wigoru („Władysław”). Wraca do wspomnień. Jest portretem przeróżnych osobowości. Bywa tu humorystycznie. Ale przede wszystkim prawdziwie.

czwartek, 25 lutego 2016

"Sweetland" Michael Crummey

„Sweetland” Michaela Crummeya to traktująca o samotności i schyłkowości historia, osadzona we współczesnych czasach, oparta na wielkim, wykraczającym poza rozsądek przywiązaniu człowieka do ziemi, surowej i niegościnnej, na której się urodził i z którą zżył się tak bardzo, że poświęciłby dla niej wszystko.

Powieść ta, stworzona z lądu i wody – klifów i kotłujących się fal Atlantyku, wiatru i mgły, chłodu i ciężkich chmur – natury, którą pisarz eksploruje, jakby nie przybliżając się nawet do momentu wyczerpania, ma miejsce akcji usytuowane na jednej z małych wysp Nowej Fundlandii, tytułowym Sweetlandzie. Nietrudno odgadnąć, jaki cel miał autor, spajając tą nazwą i wyspę, i głównego bohatera – 69-letniego emerytowanego latarnika Mosesa Sweetlanda. Ciężko jest bowiem oddzielić go od tej ziemi. I to staje się utrapieniem niewielkiej społeczności wyspy, ukazanej w czasach dla niej ostatecznych – niebawem nikogo tu nie będzie. Rozpoczęły się właśnie rządowe plany przesiedlenia; oferowane są za to ładne pieniądze i pomoc w osadzeniu się na wybranym terytorium, ale trzeba, by zgodzili się wszyscy. A Moses Sweetland jako jedyny stawia opór. Anonimy z pogróżkami, odrąbane królicze głowy... - co jeszcze może mu się przytrafić ze strony współmieszkańców? Bądź co bądź Sweetlanda nie tak łatwo złamać, wszak ukształtowała go ta wyspa.

Crummey czerpie z tego, co się pogrąża i obumiera, znajduje się w fazie schyłkowej. Miasteczko Chance Cove wygląda jak zapomniany kawałek świata, zarośnięty znaczną warstwą czasu, bez żadnych perspektyw (skutki upadku rybołówstwa) – nie dziwi więc, iż dla Sweetlandczyków lepszym wyjściem będzie poszukanie szczęścia gdzie indziej. Niektórych zaś zwyczajnie przestaje tu cokolwiek trzymać. Autor odmalowuje kolejne postacie, ludzi tamtych ziem, tworząc historię, częścią której staną się konflikty i tragiczne przeżycia. Na mapę tę naniesione zostają również wydarzenia z przeszłości wypełniające puste pola opowieści.

A teraz dlaczego się zawiodłam.

Zastanawiałam się, co autor pocznie z samotnym człowiekiem na środku Atlantyku. I tutaj Crummey korzysta z sił imaginacji, snując tym samym opowieść tam, gdzie realnie powinna się ona urwać. I to może się podobać. Niemniej jednak chwyt ten uznałam za ograny – z bohaterem dzieją się podobne rzeczy jak w jednym filmie, na podstawie którego pewna firma kręciła nader udane reklamy. Dla mnie to już było. W drugiej części „Sweetlanda” robi się więc przewidywalne, a krańcowe próby, by sytuację odwrócić, nic a nic nie pomogły. Chyba że to ja jestem za stara na takie historie.